Bomby (do) domowej roboty

Bomby (do) domowej roboty

wpis w: Laos | 557

Po Luang Prabang przyszła kolej na Phonsavan – małe i nieciekawe miasteczko znajdujące się w okolicy teoretycznie bardziej interesującej Równiny Dzbanów – starożytnego cmentarzyska powstałego w okresie między V w. p.n.e. a V w. n.e. Ów dzbany są w rzeczywistości ogromnymi, kamiennymi urnami (sięgającymi nawet 3 metrów), w których przejściowo składano ciała zmarłych. Podobno cała procedura wyglądała tak, że rodzina nieboszczyka wciskała zwłoki do tego dzbana, zakrywała go kamiennym wiekiem i czekała, aż ciało ulegnie rozkładowi. Następnie wyciągano już same kości i klasycznie je grzebano lub kremowano. Niestety nazywanie tego miejsca „równiną” jest chyba wyolbrzymieniem, ponieważ w gruncie rzeczy są to małe łączki, które dzieli dystans kilku kilometrów. Gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę „Równina Dzbanów” i obejrzałem kilka zdjęć, to w głowie mojej pojawił się obraz ciągnących się po horyzont stepów gęsto usianych gigantycznymi kamiennymi urnami… Niestety po raz kolejny rzeczywistość nie przeskoczyła wysoko postawionej przez wyobraźnię poprzeczki.

 

DSCF2859

 

 Na szczęście czas spędzony w tym lichym miasteczku nie okazał się zupełnie zmarnowanym, ponieważ przypadkiem natrafiłem na jedną z placówek MAG – organizacji zajmującej się odnajdywaniem oraz kontrolowanym detonowaniem niewybuchów. Obejrzałem tam kilka bardzo ciekawych filmów dokumentalnych na temat Sekretnej Wojny w Laosie, o której przedtem nie miałem bladego pojęcia. W skrócie historia przedstawia się następująco: zgodnie z postanowieniami Konferencji Genewskiej z 1953 r. Laos uzyskał status państwa neutralnego, w związku z czym został wyłączony z działań wojennych, jakie USA prowadziło na terenie Wietnamu. Jednak jako, że przez tamte tereny przebiegały szlaki zaopatrzeniowe dla Wietnamskiej Armii Ludowej to Stany Zjednoczone postanowiły się tymi postanowieniami specjalnie nie przejmować i „po cichu” bombardować Laos ile wlezie. Poza tym często samoloty startujące z lotnisk w Tajlandii, nie mogąc ze względu na silny ostrzał lub złe warunki pogodowe dotrzeć do wyznaczonych celów w Wietnamie, dostawały rozkaz zrzucania bomb w Laosie, ponieważ lądowanie z lukami wypełnionymi materiałami wybuchowymi mogło grozić eksplozją. W rezultacie wykonano w Laosie około 580 tysięcy nalotów (jak ktoś sprytnie obliczył – równowartość jednego ładunku bomb zrzucanego co 8 minut, 24 godziny na dobę przez 9 lat) czyniąc go najbardziej zbombardowanym krajem (w przeliczeniu na głowę mieszkańca) w historii świata. Większość ze zrzuconych bomb była bombami kasetowymi – po zrzuceniu pocisk „matka” rozpadał się w powietrzu na części uwalniając kilkaset pocisków „dzieci” przypominających granaty. Około 30%, czyli 80 milionów tych „granatów” nie wybuchło przy zderzeniu z ziemią. Od zakończenia działań wojennych około 20 tysięcy ludzi straciło życie lub odniosło ciężkie rany w wyniku (tej tragikomicznie oksymorońskiej) eksplozji niewybuchów. Mimo, że organizacja MAG rocznie detonuje prawie 100 tysięcy z nich, co jest bezsprzecznie ogromnym sukcesem, bo potencjalnie ratuje tym samym sto tysięcy ludzkich istnień, to jednak jak łatwo obliczyć jest to kropla w morzu, ponieważ pełne „rozbrojenie” kraju zajmie w tym tempie 800 lat….

 

DSCF0262

 

 Jednak najbardziej zainteresowało mnie to w jaki sposób mieszkańcy Laosu starali się (dosłownie) przekuć tę ogromną tragedię na swoją korzyść. Odnalezione bomby własnoręcznie rozbrajali (co niejednokrotnie zakończyło się fatalnie) wykorzystując proch do wysadzania terenów leśnych w celu przekształcenia ich w pola uprawne oraz przetapiając metal na łyżki, noże, garnki i inne przedmioty codziennego użytku. Z pozostałych po rakietach „skorup” robili płoty lub podłużne donice, a co większe wykorzystywali do budowy łodzi… Niesamowitym jest, jak pomimo ogromnego zagrożenia i utrudnienia w codziennym funkcjonowaniu płynącego z tak powszechnej obecności niewybuchów ludzie wciąż byli w stanie, nawet w minimalnym stopniu, wrócić za pomocą środka swojej zagłady do jako takiej normalności….

 

DSCF0168

 

 Jak powszechnie wiadomo, smutki (nawet cudze) najłatwiej topią się w alkoholu, dlatego za następny przystanek obrałem Vang Vieng – oazę wszelkiej maści ćpunów i alkoholików. Tutaj palenie, wciąganie i pożeranie środków halucynogennych należy do codzienności, a picie wody uważane jest za nietakt. Restauracje i kluby w ogólnie dostępnych menu wyliczają dostępne opcje narkotykowe, a „happy hours” nieco różnią się od europejskich, ponieważ na alkohol nie oferuje się zniżki, tylko rozlewa się go za darmo ( nie jest to jednak wielkie poświęcenie ze strony klubów biorąc pod uwagę fakt, że whisky lao-lao kosztuje 4zł za 0,7 litra). Tutaj też utwierdziłem się w przekonaniu, że moja wizja „backpackera” jako podróżnika odkrywającego świat z tobołkiem na plecach jest nieco zaburzona, ponieważ odniosłem wrażenie, że większość napotkanych przeze mnie w czasie podróży plecakowiczów podróżuje po prostu od imprezy do imprezy. I nie jeden pewien siebie „all-inkluzowicz” zgarbiłby się spojrzawszy na ich budżet. Nie ma w tym jednak nic złego – jest po prostu coś innego. „Backpacking” wpisał się w kanon mainstreamu. Ludzie już nie podróżują tylko „plecakowują”. Nawet noclegownie i jadłodajnie umieszczają to słowo w swoich nazwach, aby przypadkiem któryś z dźwigających ten kilkunastokilogramowy krzyż podróżników nie zbłądził ze swojej ścieżki ku z(a)bawieniu.

 

DSCF2989

 

 Vang Vieng mnie nakarmiło, napoiło i skacowanego wypuściło w dalszą trasę (popełniłem klasyczny błąd wszystkich wczasowiczów spędzających urlop w 3,5 a jak bóg da w 4-gwiazdkowych hotelach oferujących darmowy alkohol – myślą, że jadą wypocząć, a wracają jeszcze bardziej umęczeni). Po krótkim postoju w mało urokliwej stolicy udałem się do Thakhek, gdzie wypożyczyłem skuter i wraz z 5-osobową, międzynarodową ekipą udałem się w 3-dniową objazdówkę. Kąpiele w rzekach i źródełkach, łażenie po jaskiniach, pokonywanie górskich serpentyn z przednimi widokami – same wspaniałości. Nawet jazda w nocy bez świateł, podczas której zaliczałem wszystkie drogowe wyrwy i co rusz wypluwałem cisnące się do gęby owady nie przeszkadzała, a raczej dodawała uroku całości. Miejscem docelowym naszego przejazdu była ciągnąca się przez 7 kilometrów jaskinia Konglor, przez którą przepływała rzeka. Mimo, że obecne tam formacje skalne należały do bardzo przeciętnych, to jednak sam jej ogrom robił wrażenie (wysoka i szeroka na kilkadziesiąt metrów) i ta wszechogarniająca ciemność po zgaszeniu latarek…straszno.

 

DSCF0106

 

 Zachwycony skuterową wyprawą wybrałem się do Pakse, aby zrobić to samo, jednak tym razem w otoczeniu wodospadów i plantacji kawy („same same but different” jak mawiają mieszkańcy Azji). Niestety jako, że była to pora sucha, to wodospady ledwo zipały i zupełnie nie satysfakcjonowały. Trasa również była dosyć jednostajna i nudnawa, lecz przynajmniej przebiegała w okolicy całkiem ciekawych wiosek. Po zjechaniu z głównej drogi na jedną z czerwono-piaskowych dróżek i pokonaniu kilku kilometrów natrafiałem na ukrywające się przed wzrokiem turystów osady, w których życie płynęło cudownie ślamazarnie i prawdopodobnie mało zmiennie od wielu, wielu lat. Ludzi przyjaźnie machali i pytali na migi czy chcę coś zjeść, lecz ja kulturalnie odmawiałem. Głupi ! Przecież była to idealna okazja, aby bliżej przyjrzeć się ich życiu…ehhh… Za to nie odmawiałem sobie świeżutkiej kawy, którą można było degustować w plantacyjnych kawiarniach dowiadując się przy tym co nieco o jej uprawie i życiu lokalnych farmerów.

 

DSCF0241

 

 Pobyt w Laosie zakończyłem wypoczynkiem na jednej z mekongowych „4000 wysp” – kolejnym miejscu, do którego wydawałoby się policja antynarkotykowa ma wstęp wzbroniony. Niestety wcześniejsze raczenie się whisky lao-lao oraz piwem „beerlao” (patriotyzm pełną gębą!) musiało osłabić mój system odpornościowy, ponieważ lekko się rozchorowałem i swoją aktywność ograniczyłem do oglądania „Przyjaciół” w jednej z knajp. Jej repertuar szczęśliwie ograniczał się jedynie do tego serialu – cudotwórcza terapia śmiechem.

Żegnaj Laosie, witaj Kambodżo !

 

Share

557 Odpowiedzi

  1. 100% cotton, again 🙂 Chciałabym tej kawy i pobiegać z tymi dziećmi i popatrzeć w tą spokojną wodę w okolicah Thakhek i ponosić taką pomarańczową kieckę, jak ci co za żarciem wystają i to i tamto i smato. Pure beauty. Czuję, że żyjesz 🙂

    • Też tak czuję.. 🙂 chociaż wydaję mi się, że po dłuższym czasie spędzonym w podróży już mniej się to docenia, niż w jej początkach…w każdym bądź razie odkąd wskoczyłem na motocykl żyję jeszcze bardziej… :))

  2. Nie wiem Piotrek z jakiego serwisu bierzesz te zdjęcia i ile za nie płacisz, ale są rewelacyjne. Nie zmienia to faktu, że mógłbyś wrzucić trochę swoich. Nastawiaj swoje gorejące gałki oczne na kolejne widoki. Bądź czujny. Brataj się z ludnością i zapewniaj wszystkich, że tu w Polsce ciepło o nich myślimy.

    Pozdrawiam
    Luk

  3. ZIGGY Z KUTNOWSKIEGO SOHO

    ja właśnie zabieram się do płaczu!
    piękno tych zdjęć mnie rozłożyło!
    do tegos stopnia, że nie mam już dziś siły czytać tekstu:) !

  4. ZIGGY Z KUTNOWSKIEGO SOHO

    PS. Mój pragmatyczny KONKUBENT na pewno zapytałby: jakim aparatem i jakim obiektywem robisz te zdjęcia? 😀

    • Heja. Mój aparat to FujiFilm x100 ze stałym obiektywem 23mm F2.0. Niestety z ptasią armatą pragmatycznego konkubenta rywalizować nie może… 😀 😀

  5. niby zwykła sobota, a już dzisiaj w Laosie byłem, i to mi sie podoba, wspaniale, dzięki stokrotne,
    a co do pana z pociągu z wyraźnym pociągiem, to najwyraźniej historie w rodzinie lubią się powtarzać, jakbym już to gdzieś słyszał 🙂
    to teraz pewnie kosztujesz kambo-kambo albo beerkambo, tylko jak wytrzymać porannego kaca w takich temperaturach?

    • W Kambodży wszystko sprzedaje się pod szyldem Angkor, ale też podchodzą do sprawy bardzo patriotycznie, bo np. sloganem reklamowym piwa Angkor jest „my country, my beer” 😀 A kac o dziwo nie taki straszny pod warunkiem, że trzymamy się piwa. Oni lubią tutaj pijać piwo z lodem, co też dobrze robi na ewentualnego, przyszłościowego kaca.

  6. to się nie mieści w…dzbanie…dla mnie BOMBA:-)

  7. Uwiarygodnij te zdjęcia i uwiecznij się na jakimś np. z panienkami lub figlarnymi mnichami.Strasznie Ciebie mało na tych fotkach.Ubawiła mnie ta historia z pociągu.Ja też jakbym ją skądś znał tyle że to było w okolicach Malborka.Zdjęcia super jak zwykle.Komentarz również.Wrzuć coś więcej.Pozdrowienia.

Zostaw Komentarz