Himalaje

Himalaje

wpis w: Nepal | 940

Żeby już nie rozdrabniać się na miasta, miasteczka, wioski i wioseczki postanowiłem całość pobytu w Nepalu ująć w jednym wpisie.

Do Katmandu dotarłem po prawie 2 dniowej podróży z Agry. O ile jazda nocnym pociągiem w Indiach jest w miarę wygodna i pozwala się jako tako wyspać, to jazda lokalnym autobusem w Nepalu jest koszmarem. Przejazd od granicy do stolicy zajął ok. 15 godzin, mimo że jest to dystans liczący zaledwie 280 km. Autobus kilkukrotnie zatrzymywał się na godzinne postoje w przydrożnych knajpach, a wyboista droga i nieustannie otwierające się okna skutecznie udaremniały wszelkie próby drzemki. Szczególnie te otwierające się okna były irytujące, ponieważ co jakiś czas wyrywało mnie z płytkiego snu sztywniejące z zimna ramię. Podejmowałem próby uszczelniania ich firankami, które były z góry skazane na klęskę, ponieważ nawet najciaśniej wciśnięta firanka nie jest w stanie oprzeć się drganiom i uderzeniom autobusu wjeżdżającego raz po raz w napotkaną na drodze dziurę. Jedynym plusem tej uciążliwej podróży był nocny krajobraz, czyli świecące w oddali pojedynczo lub w grupach nepalskie chatki ulokowane na zboczach gór. Widziane z okna autobusu praktycznie niczym nie różniły się od migoczących nad nimi gwiazd. Obydwa zbiory święcących punkcików doskonale się uzupełniały i pozwalały na puszczenie wodzy fantazji przy wymyślaniu nazw nowym konstelacjom.

 

DSCF1577

 

Samo Katmandu okazało się całkiem przyjemnym miastem, znacznie cichszym i mniej zatłoczonym od tych, które odwiedziłem w Indiach. Miałem to szczęście, że jadąc tym przeklętym autobusem poznałem nepalskiego studenta, który zadbał, abym nie zgubił się w labiryncie wąskich uliczek oraz kupował i stołował się po najniższym koszcie. Co do zakupów to widać po nepalskiej stolicy, że turystyka górska odgrywa w życiu kraju znaczącą rolę, ponieważ na każdym kroku spotkać można sklepy sprzedające podróbki ubrań i różnego rodzaju sprzęt „niezbędny” do trekkingu w Himalajach. (Jeżeli opuścimy turystyczną dzielnicę Thamel i udamy się na jeden z miejskich bazarów to dostaniemy te same rzeczy po znacznie niższej cenie.) Pełno jest również agencji turystycznych oferujących zorganizowane wycieczki lub usługi przewodników i tragarzy. Przemierzający ulice mieszkańcy stolicy swoim strojem bardziej przypominają Europejczyków niż sąsiadów zza południowej granicy. Wśród nich możemy spotkać także buddyjskich mnichów, którzy nierzadko prostotę swoich mnisich szat nadrabiają krzykliwością obuwia pod postacią żarówiastych nike’ów. Niejednokrotnie widziałem ich dzierżących w rękach smartfony, tablety i inne cuda elektroniki, co może sugerować, że modlitwa wcale nie jest najlepszą rozrywką…

 

DSCF1291

 

Po przeprowadzeniu wywiadu w Katmandu i ustaleniu, w którą część Himalajów ostatecznie się wybiorę, pojechałem do pięknie położonej Pokhary będącej bazą wypadową dla wędrujących w regiony Annapurny. Po przybyciu na miejsce okazało się, że któryś z turystów zawinął z autobusu mój bagaż i ulotnił się zanim zdążyłem zareagować. Na pocieszenie zostawił mi swój. Po dokonaniu dogłębnej analizy zawartości porzuconego plecaka sporządziliśmy wraz z towarzyszącym mi policjantem portret psychologiczny sprawcy: kobieta lat 20-30 (poznaliśmy po ciuchach), szczupła (…po rozmiarze gaci), palaczka (…po 2 paczkach szlugów), prawdopodobnie artystka (…po panującym w plecaku nieładzie), francuskojęzyczna (…po książce po francusku), kleptomanka (…po okolicznościach zbrodni). Policjant uspokoił mnie, mówiąc, że w swojej karierze już nie takie rzeczy widział i polecił udać się do hostelu, twierdząc, że do wieczora plecak się odnajdzie. I faktycznie jeszcze tego samego dnia plecak wrócił do mnie w stanie nienaruszonym. Sprawcą okazała się pewna Belgijka. Myślałem, że może dorwę ją jeszcze na szlaku, ale widocznie czuła mój oddech na plecach i żwawo przebierała nogami bo ostatecznie jej nie dogoniłem….

 

DSCF1334

 

Po załatwieniu wszystkich pozwoleń wyruszyłem w długo wyczekiwaną samotną wędrówkę dookoła masywu Annapurny. Było PRZE-PIĘK-NIE. Szlak na przemian wznosił się i opadał, wijąc się po zboczach gór, wśród skał i drzew, oferując każdego dnia nowe krajobrazy, jeden piękniejszy od drugiego. Noce spędzałem w drewnianych domach gościnnych, których właściciele często proponowali nocleg za darmo lub za symboliczną opłatą, jednak pod warunkiem, że będę u nich spożywał posiłki, których cena rosła wraz z wysokością nad poziomem morza. Domki te były nieogrzewane i mało szczelne, dlatego temperatura w środku praktycznie nie różniła się od tej na zewnątrz. Spałem więc w pełnej zbroi z czapką, kapturem, szalikiem i rękawiczkami, schowany w śpiworze i przywalony 2 grubymi kocami. Dużo przyjemności sprawiały mi te zimności – chyba miałem ochotę oderwać się na jakiś czas od cywilizacji. Wędrując mijałem malowniczo położone osady, w większości których życie płynęło powoli i prawdopodobnie niewiele się zmieniło w ciągu ostatnich 500 lat. Zarówno w odwiedzanych osadach jak i wielu innych miejscach na szlaku natrafiałem na buddyjskie świątynie („gompa”) i wieżyczki („chorten”) przyozdobione powiewającymi na wietrze flagami modlitewnymi. Flagi te wieszano również na rozpiętych kilkadziesiąt metrów nad rzeką mostach linowych, które delikatnie kołysały się pod ciężarem maszerującego po nich wędrowca. Miałem to szczęście, że pokonywany przeze mnie szlak był praktycznie wolny od turystów, których do trekkingu zniechęciła prawdopodobnie październikowa tragedia oraz grudniowe temperatury. Dzięki temu mogłem delektować się niczym niezmąconym spokojem oraz widokiem majestatycznych szczytów górskich, wiecznie pokrytych śniegiem. Innych podróżników spotykałem zazwyczaj dopiero tam, gdzie zatrzymywałem się na nocleg i jako, że były to często osoby bardziej doświadczone ode mnie w górskich wędrówkach, to z chęcią słuchałem ich rad i doświadczeń.

 

DSCF1645

 

Najtrudniejszym etapem całej wyprawy okazało się pokonanie jej najwyższego punktu, czyli przełęczy Thorung La, położonej na wysokości 5416 m n.p.m. Dzień wcześniej przybyłem do znajdującego się na ok. 4800 m obozu („High Camp”), gdzie ku mojemu zdziwieniu spotkałem kilkunastu turystów z przewodnikami i tragarzami szykujących się do wspinaczki. Pomyślałem, że to całkiem dobrze się składa, bo jako że wędrówka wydaje się ciężka, to chętnie wybiorę się na nią w grupie. Niestety, gdy wstałem z łóżka następnego dnia to okazało się, że wszyscy już sobie poszli i pozostał tylko jeden Koreańczyk posilający się herbatnikami, który zaproponował, żebyśmy wspólnie stawili czoła temu wyzwaniu. Już te herbatniki powinny wzbudzić moją czujność i ostrzec, że coś się dzieje, jednak opanowana twarz Koreańczyka doskonale maskowała, co mu w trzewiach piszczy. A piszczało mu tam nieźle. Rozpoczęliśmy więc powolną wspinaczkę, co rusz przerywaną postojami na złapanie oddechu i krótką regenerację sił. Byliśmy ekipą specjalną, najwolniejszą w stawce – ja nękany przeziębieniem, on jak się okazało problemami żołądkowymi. Mimo, że Koreańczyk miał przewagę technologiczną (cieplejsze ciuchy, kijki i „łańcuchy” na butach) to ja nadrabiałem ułańską fantazją i przewodziłem naszej 2-osobowej grupie. Gdy przy pierwszej lodowej przeprawie wspomniał o łańcuchach to myślałem, że wariat się jakichś filmów wspinaczkowych naoglądał i chce się ze mną dla bezpieczeństwa łańcuchem spinać. Już widziałem oczami wyobraźni jak spada w przepaść i ciągnie mnie na łańcuchu za sobą. Okazało się jednak, że miał na myśli łańcuchy obuwnicze, które zapewniały mu doskonałą przyczepność i których mu pozazdrościłem spoglądając na swoje „łyżwiarskie szmaciaki”. Z czasem coraz bardziej zaczęło nam doskwierać zimno i szalejący wiatr, a mojemu towarzyszowi dodatkowo żołądek. Ku mojemu przerażeniu, próbował opanowywać sytuację przysiadając co jakiś czas na kamieniu. Gdy on tak sobie siedział, to mi przed oczami migały scenariusze naszego fatalnego końca. Od tych najłagodniejszych, gdzie amputowano nam sczerniałe, odmrożone palce, po te najgorsze, gdzie odnajdywano nasze zamrożone zwłoki. Dopingowałem więc go do dalszego wysiłku, obiecując, że za następnym wzniesieniem na pewno ukaże się naszym oczom tablica oznaczająca dotarcie do najwyższego punktu przełęczy. Niestety każde kolejne wzniesienie okrzykiwało mnie kłamcą i obniżało nasze morale. W końcu, kompletnie wycieńczeni, dostrzegliśmy długo wypatrywaną tablicę i widok ten rzecz jasna niezmiernie nas ucieszył. Zrobiliśmy sobie szybko kilka pamiątkowych zdjęć (mimo, że skostniałe dłonie ledwo trzymały aparat) i czym prędzej zaczęliśmy schodzić w dół po drugiej stronie przełęczy, żeby trafić w cieplejsze rejony (Jak się później okazało tego dnia w okolicach przełęczy było -20 C + wiatr). Szczęśliwie temperatura w miarę schodzenia szybko wzrastała i resztę drogi mogliśmy już przemierzać na spokojnie, delektując się pierwszej klasy widokami.

 

DSCF1873

 

Z powodu częstych deszczów i śnieżyc, kolejne dni mojej wędrówki przebiegały dosyć leniwie. Czas ten poświęciłem w dużej mierze na czytanie książek, których (o zgrozo!) w ciągu tygodnia przeczytałem więcej, niż w ciągu całego poprzedniego roku. Ze względu na huśtawkę pogodową postanowiłem ostatni, dwudziestokilometrowy etap podróży pokonać górskim autobusem. Jest on swoistym narzędziem tortur dla osoby cieszącej się wzrostem wyższym niż 1,65 m, ponieważ na mniej więcej takiej wysokości zaczyna się sufit. Na domiar złego wszystkie miejsca siedzące były zajęte, dlatego też zmuszony zostałem do stania przez 2 godziny ze spuszczoną głową, w pozycji wstydu, jak ta córka prezesa koreańskich linii lotniczych, która zrobiła awanturę, bo jej źle orzeszki podano. Nieźle też sobie przy tym banie poobijałem, bo przy każdym wyboju, ku uciesze reszty pasażerów, waliłem głową w ten cholerny sufit. W końcu jednak dotarłem do Pokhary i tym samym zakończyłem moją wielce satysfakcjonującą, 15-dniową wędrówkę po Himalajach, w czasie której przebyłem pieszo ok. 200 km. Teraz zbieram się powoli do powrotu do Indii, w których moich następnym przystankiem będzie święte miasto Hindusów – Varanasi.

 

Share

940 Odpowiedzi

  1. Zaparło dech, odebrało mowę, twarz pozieleniło zazdrością. 100% życia w życiu. Pięknie Pio 🙂

  2. Więcej, więcej, więcej a po powrocie książka czy pamiętnik nawet dla wąskiej grupy bo to się naprawdę świetnie czyta..

  3. Dedan machweii

    Hey Pitor is there an English Version to this or do I have to learn to speak polish. Kuvamassshhhhhh…

  4. Piotr Winiarski

    Hey Dedan, unfortunately it’s only in polish for now, but I will try to do something about it next month…. 🙂

  5. Zgadzam się z Gogi i z Czechem.Masz dobre oko i niezłe pióro. Skromnie nie wspomnę po kim ale jestem z Ciebie bardzo dumny!Widoki przepiękne i świetne komentarze. Będę Cię namawiał do napisania książki.Przy okazji dla Ciebie i wszystkich komentatorów tego blogu, szczególnie Oli i Jej rodziny najlepsze życzenia świąteczne.Tobie dużo zdrowia i szczęścia w podróżach, twórczej weny i ciekawych znajomości na szlaku wędrówki a pozostałym świątecznego ciepła, trafionych prezentów gwiazdkowych i wszelkiej pomyślności.

  6. czarno biały portret -srogi i surowy majestat gór zstąpił na Twe oblicze …faktycznie chyba schudłeś:-) piękna trasa…

    • Piotr Winiarski

      Przeobrażenie było niestety krótkotrwałe…majestat spłynął, tłuszcz przypłynął

  7. Fajne fotki, tym bardziej, że długo oczekiwane. Pamiętaj, by wykąpać się w świętych wodach Gangesu, a wszystkie choróbska odejdą precz (tak mówią 🙂 ).

  8. Dear Our Hero,
    Też jestem w klubie pochlebców i wielbicieli:)
    Tak sobie myślę, że po takich 200 km w Himalajach człowiek już nigdy nie będzie taki sam, mix mocy i pokory,
    Kosze do noszenie drewna zamiast taczki, pomysł do przemyślenia:)
    Kochamy Cię, myślimy o Tobie i trzymamy kciuki
    Iwona, Marta, Marcin

    • Piotr Winiarski

      Do tych koszy tak się nie zapalaj, żebyś na stałe nie zamienił łóżka na podłogę… :)))

  9. wesolych swiat zycza winiarscy z bremerhaven

    • Piotr Winiarski

      i wzajemnie, ale jako że odpisuję już w 2015 to niech będą to życzenia przyszłoświąteczne…

  10. ZIGGY Z KUTNOWSKIEGO SOHO

    natychmiast wysyłam Twoje ostatnie zdjęcie-portret do wszystkich topowych AGENCJI MODOWYCH świata 😀 jak już będziesz sławny pamiętaj KTO CIĘ ODKRYŁ! 😀
    Powtarzam się, ale pięknie podróżujesz, przepięknie!!! Czekamy na więcej! Całujemy!

    PS. Bardzo dziękujemy za życzenia świąteczne z dalekich Kolbud! Bardzo nam miło, również, choć spóźnione, to wesołe życzenia zasyłamy z Kutna i życzymy Pani Mamie Uli i Panu Tacie Januszowi udanego i tylko pozytywnie zaskakującego 2015 🙂

  11. Jesteś dzielny. Pokonać trudy 200 km wędrówki w wysokich górach, to naprawdę IMPONUJĄCE !
    Piękne zdjęcia.
    Szczęśliwego Nowego Roku ! Fantastycznych wrażeń na globtroterskiej ścieżce po Azji życzy B.Ulatowska

    • Piotr Winiarski

      Dziękuję bardzo, może tym razem w końcu zbiorę się po powrocie do stworzenia obszerniejszego albumu i jego prezentacji 🙂

  12. Siedzę tu z przeziębieniem a za oknem zamiast prawdziwej zimy to jakaś paskudna chlapa. Z tym większą przyjemnością czytam posta i oglądam zdjęcia (jedno pożyczam do tapety w telefonie, może się tak zapatrzę, że w końcu tam pojadę 🙂 ). Dzięki za to, że mogę się trochę oderwać od miejskiej rzeczywistości. Zazdroszczę wycieczki w górach.
    Pozdrawiam i życzę powodzenia.
    M

    • Piotr Winiarski

      Proszę bardzo…się oderwać od miejskiej rzeczywistości, ale uwaga – jest to uzależniające!

  13. Zazdrość mnie aż zjadła…Czytając Twój wpis, aż sama puściłam wodze fantazji i zdanie po zdaniu miałam wizualizacje w głowie 🙂
    Fantastyczny opis, przepiękne zdjęcia, plus dar reporterski – trzymaj tak dalej!

Zostaw Komentarz