New Delhi

New Delhi

wpis w: Indie | 537

Jestem! W końcu, po wielogodzinnym, nieprzespanym locie, dotarłem zmordowany do Indii, skąd rozpoczynam moją kilkumiesięczną podróż po Azji. Jak się okazało rozpocząłem ją wskakując od razu na głęboką wodę, czyli do starej części Delhi, gdzie doznałem szoku termicznego („ilościowo-kulturowego”). Po wyjściu z metra moim oczom ukazała się nieprzebrana masa ludzka. Ludzie leżący, siedzący, stojący i chodzący. Ludzie handlujący, transportujący i podróżujący. Ludzie, na których nic nie wywiera specjalnego wrażenia. Masz ochotę kimnąć się na chodniku? – Proszę bardzo. Chcesz siku? – Jest krawężnik. Nie wiesz gdzie wyrzucić pustą butelkę? – „Bach” pod nogi. Wyjście na ulicę jest jak wejście do rzeki – płyniesz z nurtem. Kierowcy riksz, tuk-tuków i motocykli z niezwykłą precyzją lawirują pośród morza pojazdów i przechodniów, sygnalizując swoją obecność nieustannym trąbieniem.

 

Riksza autobusowa
Riksza autobusowa

 

W tym miejscu zrobię dygresję odnośnie trąbienia, które według mnie należy uznać za oddzielny język nierozumiany przez przybyszy z Zachodu. Istnieje cała gama trąbnięć. Od niskich po wysokie, w zależności od rodzaju pojazdu, a także od krótkich, pojedynczych po długie, ciągnące się trąbienia, niczym alfabet Morse’a informujące kapitana o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Myślę, że hinduski kierowca może je odbierać w następujący sposób: „O, tuk-tuk próbuje mnie wyprzedzić z lewej, kierowca motocykla jadący za mną chce, żebym przyspieszył, a ten samochód z prawej zaraz przetnie mi drogę”. Domyślam się, że jest to bardzo prosty sposób komunikacji, adekwatny do potrzeb uczestników ruchu drogowego i nie sądzę, aby przekazywali sobie informacje w stylu: „O, Marian mi tam trąbi z drugiego końca ulicy, że dzisiaj słaby utarg i ludzie nie podróżują już jak dawniej”. Wymowne są również twarze kierowców, spokojne niczym mordy świętych krów, świadczące o bezemocjonalnym podejściu do tematu. U nas trąbiący kierowca zaraz cały puchnie, czerwienieje i próbuje zabić Cię wzrokiem, co jednoznacznie świadczy o towarzyszących mu uczuciach złości i frustracji oraz przekazywanej nam informacji….

 

Jedna z "luźniejszych" ulic
Jedna z „luźniejszych” ulic

 

Jak już ochłonąłem po zderzeniu z nowo napotkaną rzeczywistością, żwawo ruszyłem na poszukiwanie upatrzonego wcześniej hostelu. Po dotarciu na miejsce okazało się, że ma się on nijak do tego ze zdjęć, a pokój który mi zaproponowali przypominał pozbawioną okien izolatkę. Propozycję grzecznie odrzuciłem i ruszyłem na dalsze poszukiwania. Postanowiłem zasięgnąć rady w informacji turystycznej, jednak jej znalezienie nie należy do najłatwiejszych. Jest tak, ponieważ większość agencji turystycznych nazywa się po prostu „tourist info”, a mieszkańcy Delhi często albo nie wiedzą, gdzie jest ta właściwa, albo umyślnie prowadzą Cię do tej zaprzyjaźnionej. Pierwszego dnia byłem jeszcze skołowany i niezbyt czujny z powodu zmęczenia podróżą, więc dawałem im się tak prowadzać od agencji do agencji, gdzie próbowano mi wcisnąć drogi nocleg, bo te tańsze były niby niebezpieczne, albo drogie bilety kolejowe, bo na tanie trzeba czekać przynajmniej tydzień. Potem jednak zacząłem szybko odróżniać prawdziwie uczynnych Delijczyków od zwyczajnych naganiaczy, którzy musieli pobierać nauki u tego samego Mistrza, ponieważ dialog z nimi za każdym razem wyglądał identycznie.

 

India Gate
India Gate

 

Po odnalezieniu ostatecznego miejsca mojego spoczynku, padłem konający na łóżko i nie powstałem z niego aż do poranka dnia następnego. Po odzyskaniu sił witalnych ruszyłem wesoło na spacer wąskimi uliczkami Starego Deli. Uliczki te wypełnione są straganami, sklepikami i bazarkami, na których można spotkać praktycznie wszystko. Spacerowi towarzyszą tysiące zapachów, od tych łagodnych unoszących się przy stoiskach warzywno-owocowych, przez świerzbiące nos zapachy pikantnych przypraw i kadzidełek, po przepalający nozdrza zapach moczu bijący z szaletów miejskich występujących pod postacią ściany. Sprzedawcy o dziwo nie są specjalnie nachalni, tylko spokojnie oczekują na zainteresowanie klienta. Co innego kierowcy riksz i tuk-tuków. Ci co rusz trąbią na biednego przechodnia i gestem ręki zapraszają do środka. Jeżeli lubimy chodzić szybkim krokiem, albo po prostu się spieszymy, to warto unikać chodników, na których zagęszczenie ludzi jest większe i iść ulicą. Trzeba co prawda mieć się na baczności, ponieważ kierowcy jeżdżą jak opętani, ale skraca to znacznie czas naszego przemarszu. Szybko też nauczymy się, że nie ma sensu oczekiwać na przestój w ruchu drogowym, aby przejść na drugą stronę ulicy, tylko należy skokami „co samochód” pokonać dzielący nas od przeciwległego chodnika dystans. W razie zbłądzenia, co jest równie częste jak podążanie właściwą drogą, warto spytać o kierunek policjantów pilnujących porządku przy pomocy bambusowych kijów. Nie wiem czy kijami tymi wymierzają zbójom razy, jednak świadkiem byłem użycia ich do szturchania przejeżdżających rikszarzy, którzy musieli w jakiś nadzwyczajny sposób złamać prawo, ponieważ w sposób zwyczajny łamią je nieustannie. Chodząc po ulicach należy również czujnie obserwować twarze okolicznych hindusów, aby nie zostać przypadkiem oplutym. Mieszkańcy Indii, zarówno mężczyźni jak i kobiety, wręcz uwielbiają pluć na ziemię. W twarz raczej nie dostaniemy, ale nasze buty mogą paść ich ofiarą.

 

Akcja edukacyjna
Akcja edukacyjna

 

Spacerując tak Starym Deli, zawędrowałem wieczorem do Lal-Qila, czyli Czerwonego Fortu. Okazało się, że odbywa się tam pokaz w stylu „światło i dźwięk”, więc zdecydowałem się kupić bilet i obejrzeć. Niestety bardzo się zawiodłem i odradzam go każdemu. Pokaz generalnie polegał na tym, że podświetlane było w przypadkowej kolejności 5 budynków, a z głośników dobiegał głos lektora, przeplatany z głosami aktorów odgrywających postacie historyczne, którzy w porządku chronologicznym przybliżali nam ważniejsze wydarzenia z historii miasta. Aby powstrzymać słuchacza przed zaśnięciem, co pewien czas monotonny głos lektora był urozmaicany odgłosem końskich kopyt, wyciem wilka albo trąbieniem słonia. Zniesmaczony opuściłem fort i ruszyłem w drogę powrotną do hostelu. Jako, że czułem się już dosyć pewnie w tym rejonie miasta, postanowiłem porzucić ulice widoczne na mapie i zapuścić się w te najmniejsze w nadziei na skrócenie drogi. Niestety uliczki te okazały się istnym labiryntem. Nie mam pojęcia ile czasu po nich dreptałem, ale jak już wyszedłem na większą ulicę to myślałem, że trafiłem do obozu syryjskich uchodźców. Na chodnikach paliły się ogniska nieopodal których stały szmaciane namioty. Widok ten momentalnie przywołał w mojej pamięci słowa naszego proroka Kazimierza: „Poszedłem w rejony, gdzie nikt o zdrowych zmysłach, nie chodzi nocą ani nawet za dnia…” Z zadumy wyrwało mnie jakieś dziecko, które podbiegło i zapytało się czy może mnie dotknąć. „Oho – pomyślałem sobie – zacznie się od dotknięcia, a potem na rożen mnie wpakują”. Złapałem więc czym prędzej pierwszego przejeżdżającego tuk-tuka i wróciłem nim do hostelu. (Tak naprawdę, to o śmierć na rożnie się nie bałem, tylko nie miałem bladego pojęcia, gdzie jestem i którędy iść).

 

To spojrzenie...
To spojrzenie…

 

Następnego dnia udałem się na zwiedzanie Nowego Deli, które mnie trochę zaskoczyło. Okazało się bowiem, że nie całe miasto wygląda jak rejon, w którym mieszkałem. Jego nowsza część prezentuje się okazalej, czyściej i nie jest aż tak strasznie zatłoczona. Myślę, że jeśli ktoś stawia pierwsze kroki w Indiach to warto je postawić w tej dzielnicy i poszukać tam noclegu, aby stopniowo oswajać się z indyjskimi realiami. Odwiedziłem tam kilka klasycznych atrakcji turystycznych, jak Grobowiec Humayun’a będący wzorem dla późniejszego Taj Mahal, czy Jantar Mantar – obserwatorium astronomiczne wybudowane w początkach XVIII wieku. Zainteresowani Jogą i medytacją pewnie chętnie odwiedzą Świątynię Lotosu, gdzie dziennie ludzie medytują w tysiącach – ja nie byłem. Jak tak sobie spacerowałem po tych cudach architektury, zauważyłem, że sam w sobie jestem nie mniejszą atrakcją niż kilkusetletni grobowiec, ponieważ co rusz podbiegały do mnie dzieci (a i kilka starszych pań się trafiło) i pytały, czy mogą sobie zrobić ze mną selfie. Pytały czy jestem z USA. Jak widać rok w Kanadzie całkiem człowieka odmienia. Myślały pewnie, że mają do czynienia z Bradem Pittem, a ja im tłumaczyłem, że niestety jestem jedynie polskim bratem Piterkiem.

 

Grobowiec Humayun'a
Grobowiec Humayun’a

 

Na chwilę obecną to chyba wszystko. Ruszam dalej, wkrótce się odezwę.



Share

537 Odpowiedzi

  1. Mamy Cię!!! Przy zapiekankach a la Maki z Kutna, przeszliśmy się z Tobą po ND! 🙂 WSPA-NIA-LE! Bardzo dobre foty – wyrabiasz się; headhunterzy z National Geografic będą zaraz pukać do Twoich drzwi. Łukasz czeka na posta o żarciu, ja niezmiennie zainteresowana MODĄ 😀
    BIG LOVE WRZESZCZOWE :***

    • Piotr Winiarski

      O posta temu poświęconego może być ciężko, ale zdjęcia sari i talerza oczekują już na publikację 🙂

  2. Witaj Piotrze,
    Fajnie piszesz. Masz „dobre pióro”. Wracają moje wspomnienia z wielu pobytów w Indiach i za to wielkie dzięki !!!
    Pamiętaj o ostrym targowaniu się na każdym kroku i nie przejmuj się ich krzykami protestu ( i tak Cię naciągną na kaskę). To są Indie. Tylko poza miastami czy osadami są inni Indusi, a są !
    Trzymaj się ciepło jak mawia Tata Janusz
    Pozdrowienia Lechu M

    • Piotr Winiarski

      Niestety poruszam się właśnie po większych miastach i samych naciągaczy tu spotykam 🙂 Mam nadzieję, że następnym razem poznam inne oblicze Indii

  3. Zdjęcia super. Brak mi tylko ś więtej krowy, czyżby wszystkie spały ?Bardzo
    nam się podobają Twoje opisy. Ja też jestem ciekawy co tam jesz i jak Ci to
    smakuje.Świetnie złapałeś miejscowe klimaty.Całujemy i do usłyszenia
    mam nadzieję lepszego niż ostatnio!

    • Piotr Winiarski

      Postaram się dorwać jakąś krowę jak dotrę do Varanasi pod koniec grudnia, ale już z góry uprzedzam, że szyku nie zadają 🙂

  4. ZIGGY Z KUTNOWSKIEGO SOHO

    CUDEŃKO!
    Pamiętaj o tym bazarze, przez który przejeżdza pociąg, czekamy na zdjęcia!:)
    Razem z Gogo czekam w napięciu na fotki jakiś lansiarskich sari oraz ja niezmiennie oczekuję i żądam zdjęć, na których jesteś TY, ponieważ potajemnie kocham się w Twojej brodzie i nie tylko!
    (Jarek to akceptuje, easy!)
    😀

    • Piotr Winiarski

      Kurde, o tym pociągu zupełnie zapomniałem i chyba już nie będzie okazji, żeby tam trafić 🙁 Obiecuję jeszcze raz jeden, jedyny brodę na zdjęciu uwiecznić, zanim oddam się pod brzytwę golibrody! Love kolorowe

  5. skoro mam głos:)
    ależ mody na zdjęciach dostatek,
    zdjęcie numer 23, ile pomysłów na siebie!
    dla mnie na czoło wysuwa się pan Superman z wielkim S na plerach, ale jakie bogactwo pomysłów mają na sobie te panie wokół! na tzw. Zachodzie co trzy lata wracają te same pomysły, dlaczego żaden Gucci czy inny dyktator nie czerpie garściami ze streetu ND, albo na ten przykład ten modniś z 7, wszystko na nim gra, szkoda, że nie widać co ma do stąpania, z góry obstawiam, że nie są to chińskie tenisówki, i pytanie do Pitera, czy te kropki na czole mają zawsze ten sam kolor, czy co dzień to inny bajer, a od strony technicznej jak to się przykleja, jak długo się trzyma, czy odporne na deszcz, itd. kunio

    • Piotr Winiarski

      Z tego co zauważyłem to kropki mają raczej ten sam, czerwony kolor. Nie wiem czy istnieją różne techniki malowania, mi pewna babcia po prostu odcisnęła kciuk na czole po uprzednim zamoczeniu w jakiejś mazi. Chyba na deszcz za bardzo to to nie odporne, bo jak sie zacząłem pocić to czerwone krople mi z czoła ściekały 🙂 Postaram się uwiecznić na zdjęciu również męską modę fryzjerska – najpopularniejszym i właściwie jedynym kolorem na jaki farbują włosy panowie jest rdzawy. Jak tylko się dowiem skąd to zamiłowanie to momentalnie się tą wiedzą podzielę!

Zostaw Komentarz