Północ, północny wschód

Północ, północny wschód

wpis w: Laos, Tajlandia | 3 234

Już prawie 3 miesiące minęły odkąd przyleciałem do Azji i zauważyłem, że z każdym kolejnym coraz trudniej jest mi zabrać się za pisanie. Zupełnie nie mam pojęcia czym to tłumaczyć, ponieważ nie powinienem mieć żadnego problemu ze znalezieniem na to czasu lub odpowiedniego tematu – wszystko już tu przecież dla mnie nowe, a przez to w przeważającej mierze interesujące. Wygląda na to, że się wypaliłem zanim na dobre rozpaliłem, a kariera pisarska legła w gruzach już na poziomie fundamentów…

 

DSCF2850

 

W związku z niedostateczną dokumentacją zdjęciową z pobytu w północnej części Tajlandii oraz niespecjalnie interesującym jego przebiegiem, postanowiłem nie tworzyć osobnego wpisu poświęconego tej części świata, tylko odnieść się pokrótce do tego okresu w mojej podróży we wpisie poświęconym Laosowi – tak dla zachowania ciągłości wydarzeń. (Początkowo miał to być jeden wpis ale ostatecznie wyszły dwa).

 

DSCF2941

 

Przedostanie się z południa na północ zajęło mi prawie dwie doby. Mój spokojny i monotonny przejazd, poświęcony w głównej mierze na czytaniu i spaniu został przerwany dopiero na ostatnim odcinku trasy przez pewnego staruszka, który dosiadł się do mnie na krótko przed przybyciem do Chiang Mai. Okazał się on bardzo rozmowną osobą i zadziwił mnie swoją (w miarę) płynną angielszczyzną, co rzadko zdarza się w Tajlandii, a już zupełnie nie zdarza się wśród osób starszych. Jednak jeszcze większe zdziwienie wywołało we mnie jego zachowanie polegające na przerywaniu raz po raz rozmowy śmiechem i klepaniu mnie po kolanie zapewniając przy tym, że jestem „good boy”. Czułem się trochę nieswojo, jednak stwierdziłem, że wynikać to może z chłodnego zdystansowania w stosunkach międzyludzkich cechującego mieszkańców Północy, którzy w przeciwieństwie do Południowców ograniczają swój kontakt z nowo poznaną osobą do uścisku dłoni. Nie dałem więc staruszkowi poznać, że zachowanie jego wywołuje we mnie pewien dyskomfort. Stawał się on jednak coraz bardziej wylewny – zapraszał mnie na piwo i oferował podwózkę do hotelu (o dziwo nie częstował cukierkami!). Zaczęło to rodzić we mnie pewne podejrzenia, a pewności nabrałem kiedy jego ręka po jednym z klepnięć w kolano nie wróciła na swoje miejsce. Pomyślałem: „Oho, teraz mnie ma”. Zastanawiałem się jak wybrnąć z sytuacji nie robiąc awantury (bo do awantur skłonny nie jestem). Postanowiłem więc stać się „niedostępnym” – udając zwykłą chęć „poprawienia się” w fotelu założyłem kolano na kolano, a na odsłoniętym oparłem łokieć. Przybrana przeze mnie pozycja nie dość, że chroniła cele dotychczasowych ataków, to w dodatku skutecznie uniemożliwiała potencjalne przypuszczenie szarży na bardziej wrażliwe punkty. Staruszek nie mogąc znaleźć żadnej luki w tym perfekcyjnym systemie obronnym został zmuszony do kapitulacji, którą okazał poprzez zakończenie rozmowy i pogrążenie się we śnie. Gdy już po wyjściu z autobusu spostrzegłem go człapiącego powolnie w sobie tylko znanym kierunku, stwierdziłem, że jest to człapiący przykład na prawdziwość powiedzenia: „stary, ale jary”…

 

DSCF2846

 

Chiang Mai zasadniczo nie różni się od reszty południowo-azjatyckich miast charakteryzujących się chaotyczną i architektonicznie nieciekawą zabudową. Sprawiają one wrażenie, jakby powstały wskutek osiedlania się ludzi wokół porozrzucanych w polu świątyń (będących zazwyczaj jedynymi budowlami mogącymi pochwalić się dłuższą historią). Życie ich mieszkańców wydaje się kwitnąć rankami i wieczorami, a zamierać w ciągu dnia, kiedy „żar, parówa” skutecznie odbiera chęć opuszczenia zawieszonego w cieniu hamaka lub wygodnego materacyka. Jak magnes działa na nich natomiast Nocny Targ, na którym rozstawiają się zarówno sprzedawcy tekstyliów jak i różnego rodzaju rzemieślnicy, rękodzielnicy i mini-restauratorzy. Obserwując tłoczących się tam mieszkańców miałem wrażenie, że wielu z nich nie jest specjalnie zainteresowanych kupnem czegokolwiek, tylko traktuje to miejsce czysto towarzysko – spotkać, zapoznać, spędzić wspólnie czas. Zresztą generalnie ludzie wydają się tu być bardziej „stadni” niż na Zachodzie. Standardem jest zasiadanie sprzedawcy wraz z rodziną lub znajomymi do kolacji przy stoliku znajdującym się na chodniku przed jego sklepem lub grupowe wyjścia do knajpek, w których jedyną serwowaną potrawą jest zupa z makaronem.

 

DSCF2784

 

Po Chiang Mai ruszyłem w stronę granicy z Laosem zahaczając po drodze o nie warte wspominania Chiang Rai. Po przekroczeniu granicy i spędzeniu nocy w pobliskiej wiosce ruszyłem rano w dwu dniowy rejs łodzią po Mekongu. Dawniej rzeka ta była główną autostradą Laosu, pozwalając jego mieszkańcom na swobodne poruszanie się na linii północ – południe, jednak obecnie trasa z Huay Xai do Luang Prabang obsługuje przede wszystkim turystów. Towarzyszące rejsowi po rzece koloru sraczki widoki są przyjemne dla oka, jednak po pierwszym zachwycie szybko powszednieją, ponieważ krajobraz pozostaje praktycznie niezmienny przed całą podróż. W wiosce, w której zatrzymaliśmy się na nocleg zbratałem się z bardzo fajną francusko-kanadyjsko-amerykańską ekipą wraz z którą odkryłem, że w Laosie można zakupić miejscowe ryżowe whisky za około 4-6 PLN (butelka 0,7l). Mimo, że trunek ten kryje się pod wieloma nazwami, to w smaku i działaniu prezentuje się bardzo podobnie. Wytwórnie szczególnie upodobały sobie terminologię zwierzęcą – Lion, Tiger, Red Bear…jednak nie sądzę, aby spowodowane to było towarzyszącemu przy spożywaniu go niebezpieczeństwu, ponieważ na drugi dzień czułem się nie gorzej niż po polskiej gorzałce.

 

DSCF2838

 

Luang Prabang, będące połączeniem francuskiej architektury kolonialnej wraz z buddyjską architekturą sakralną przedstawia się bardzo przyjemnie. Położone przy ujściu rzeki Nam Khan do Mekongu, u podnóża znajdującego się w jego centrum świątynnego wzgórza – Mount Phousi (tak! – dobrze wymawiasz) tworzy krajobraz zdecydowanie wyróżniający się na tle pozostałych laotańskich miast. Uporządkowana siatka ulic ułatwia orientację zarówno morzu turystów jak i strumykowi idących w rządku mnichów, którzy codziennie o świcie udają się z procesją po mieście, aby zebrać ofiarowywaną im przez mieszkańców żywność. Kierując się w stronę Mekongu dostrzeżemy rozstawiających sieci rybaków oraz dzieciaki, które raz za razem, niestrudzenie wędrują w górę rzeki, aby następnie spłynąć z jej nurtem kilkadziesiąt metrów na kawałku styropianu. A to wszystko podziwiać możemy zajadając się bagietkowymi kanapkami! Jest to jeden z niewielu wpływów kolonialnych, który sprawił mi tyle radości. Po 3 miesiącach w Azji, zaczęło mi nieco brakować europejskiego chleba, więc kiedy zorientowałem się, że Laotańczycy wzbogacili swoją kuchnię o francuskie bagietki, momentalnie stały się one podstawą mojego jadłospisu…

C.D. Laosu N.

 

Share

3 234 Odpowiedzi

  1. ZIGGY Z KUTNOWSKIEGO SOHO

    Sick, następnym razem nie ubieraj się tak prowokująco w podróż :D:D
    bardzo się uśmialiśmy !

    • Już nie wiem co ubierać, chyba muszę kupić jakieś ciuchy na miejscu bo spodnie mi się na dupie ostatnio rozdarły więc już zupełnie stąpam po cienkim lodzie…

  2. Szanowny Piotrze Iwanowiczu my staruszki z przytułku cmentarnego w Skotopierogowsku,których jedyną godziwą rozrywką jest wnikliwe studiowanie Pana dziennika podróży nie godzimy się na odgórne redukowanie ilości miesięcznych wpisów.Wiemy że nie przysługuje nam prawo ale my nie prosimy lecz żądamy i domagamy się więcej no bo jakie ,sam Pan przyzna,no jakie my mamy przyjemności…z uszanowaniem Awdotia Pietrowna Tarapygin

  3. Jak już jest „żar i parówa” to musi być „pekla” straszna!:-) Widzę, że ideologia dżendera dotarła i tam, dobrze, że twoja chęć przygody ma jednak granice… Piękne zdjęcia! P.S. ja też żadam i domagam sie więcej!

  4. :))) Wracaj już. Całkiem sie odrealnisz (odpolszczysz) w tych azjatyckich rajach.

Zostaw Komentarz