Varanasi

Varanasi

wpis w: Indie | 11

Wiecznie żywe miasto śmierci. Miejsce, do którego Hindusi zjeżdżają się milionami, targając ciała swoich bliskich z zamiarem spalenia i rozsypania popiołów w Gangesie. Nie jest to oczywiście jedyny cel pielgrzymek. Wiele osób przybywa, aby zażyć rytualnych kąpieli w rzece, dokonać żywota w jednej z poczekalni – umieralni, lub w innym, nie znanym mi celu. Jednak to właśnie nieustannie płonące stosy wywarły na mnie największe wrażenie. Tu, pani kierowniczko, palą przez cały czas, na okrągło, a nad całym procesem kremacji pieczę sprawują przedstawiciele najniższej kasty – „nietykalnych”. Do ich obowiązków, poza podkładaniem do ognia, należy między innymi pobieranie opłaty pogrzebowej (w wysokości 2500 rupii), sprzedaż drewna (nie zawsze rodzinę stać na zakup jego wystarczającej ilości), przygotowywanie ceremonii w różnych miejscach (przedstawiciele odrębnych kast paleni są osobno) oraz przeszukiwanie pod czujnym okiem swojego szefa popiołów celem odnalezienia złotych kolczyków, pierścionków i innych kosztowności (bliscy zmarłego zabierają tylko popiół). Ogień pod stos, na którym spoczywa nieboszczyk podkłada najbliższy męski krewny, który przed rozpoczęciem ceremonii goli głowę na łyso uraz ubiera się w białe szaty. Święty ogień odpalany jest od znajdującego się w Świątyni Shivy ogniska, którym opiekują się „nietykalni”. Legenda głosi, że płonie ono nieprzerwanie od 3500 lat. Niestety okazuje się, że nie wszyscy mogą dostąpić przywileju kremacji. Istnieje bowiem kilka kategorii zmarłych, którzy kończą w „betonowych butach” na dnie Gangesu. Zaliczają się do nich na przykład ci, którzy padli trupem wskutek ukąszenia węża lub przed zawarciem związku małżeńskiego.

 

Kremacja

 

Przyglądając się płonącym stosom i toczącemu się w ich pobliżu życiu doszedłem do wniosku, że nigdzie śmierć nie jest odbierana tak naturalnie jak w Varanasi. Bliscy nie płaczą, dalecy się nie przejmują. Ludzie przechodzą jak gdyby nigdy nic, czasami na chwilę przystaną, może kupią herbatę od okolicznego sprzedawcy i wypiją wpatrując się w płomienie. Niektórzy sprawiają wrażenie jakby podchodzili do ognisk, aby się trochę ogrzać (grudniowe noce bywają tu dosyć chłodne). Jednak zaraz każdy wraca do swoich spraw i rusza dalej. Pozostają ci, którzy pracują i ci, którzy na prochy oczekują. Towarzystwa dotrzymują im szwędające się w pobliżu i srające gdzie popadnie krowy oraz wylegiwujące się przy ogniskach psy, które jak gdyby tylko czekały w nadziei, że uwadze „nietykalnych” umknie jakaś niespopielona kość. Myślę jednak, że nie można się specjalnie dziwić mieszkańcom tego miasta, ponieważ przy takiej skali pogrzebów łatwo jest przejść nad tym do porządku dziennego. Bardziej zagadkowe były dla mnie uczucia towarzyszące członkom rodziny zmarłego. Zastanawiałem się, czy widząc rozpadające się szczątki bliskiej ci osoby łatwiej jest pogodzić się z myślą, że już jej nie ma i nie będzie? Czy występujące w naszej kulturze zamknięcie trumny, gdzie widzimy zmarłego takim jakim był za życia pozostawia gdzieś w podświadomości pewne irracjonalne uczucie, że on wciąż „jest”?

 

Medytacja

 

Gdy mojej głowy nie zaprzątały myśli natury egzystencjalnej, skupiałem się na bardziej prozaicznej czynności, czyli poszukiwaniu najlepszego Lassi w mieście. O tym wspaniałym napoju wspominałem już wcześniej, jednak tym co nie czytali spieszę z wyjaśnieniem, że jest to jogurt pitny przyrządzany na dziesiątki sposobów. Czasem rzadszy, czasem gęstszy, czasem pokryty z wierzchu jogurtową skorupką, jednak za każdym razem przepyszny. Jeszcze nie trafiło mi się niesmaczne lassi, a wypiłem ich mnóstwo – i tych klasycznych (bez dodatków), i tych z kawałkami owoców, orzechów i czekoladą. W Varanasi postawiłem sobie za cel znalezienie tego najlepszego i mimo że nie udało mi się wybrać smaku nad smakami to odniosłem mały sukces i zawęziłem krąg poszukiwań do jednego sprzedawcy, czyli „Blue Lassi Shop”. Mają tam Lassi pierwszej klassi i z tego też powodu odwiedzałem ich ilekroć poczułem zmęczenie wędrówkami przez Ghaty i zatłoczone uliczki. W praktyce oznacza to, że bywałem tam regularnie, ponieważ ze względu na ogromną gęstość zaludnienia Varanasi potrafi zniechęcić do spacerów najwytrwalszego z piechurów. Ciężko mi stwierdzić na ile statystyka, którą przytoczę jest prawdziwa, ale według tego co powiedział mi pewien Hindus z mojego hostelu w mieście żyje obecnie około czterech milionów ludzi, mimo że miejsce jest teoretycznie przewidziane dla jednego miliona. Jeżeli do tego dołożymy walących drzwiami i oknami pielgrzymów to tworzy się nam całkiem pokaźna grupa osób.

 

 

Mimo, że Indie zdążyły mnie już przyzwyczaić do tłoku i brudu, to wciąż nie mogę przyzwyczaić się do hałasu generowanego przez ruch uliczny. Nieustanne trąbienie kierowców motocykli i tuk-tuków niezwykle działa mi na nerwy i powoduje, że chodzę ulicami przeklinając co rusz pod nosem i wygrażając im w wyobraźni pięściami. Czasem dla odzyskania spokoju ducha ratowałem się ucieczką nad rzekę, która była chyba jedynym miejscem niedostępnym dla potrafiących wcisnąć się w najwęższe uliczki kierowców. Jednak i tam wytchnienie było zazwyczaj krótkotrwałe, bo zaraz dopadał mnie jakiś handlarz narkotyków (swoją drogą przedstawiający zadziwiająco szeroką gamę produktów), wioślarz oferujący rejs po Gangesie, albo fryzjer-masażysta. Ten ostatni był najbardziej podstępny. Zagadywał przechodniów i oferował usługi jako fryzjer. Po ich odrzuceniu uśmiechał się i podawał rękę na pożegnanie. Jeżeli nieopatrznie podaliśmy mu swoją to tym samym budziliśmy w nim ducha masażysty. Momentalnie zaczynał ugniatać prawicę zaskoczonego turysty recytując przy tym cennik za poszczególne części ciała. Ciężko było mu się wyrwać i to nie ze względu na przyjemność płynącą z masażu ale na mocny i zdecydowany uścisk fryzjera-masażysty. W wyniku tych doświadczeń zacząłem bardziej podejrzliwie spoglądać na wyciągniętą rękę. Raz nawet zrobiło mi się głupio, bo jakieś uśmiechnięte dziecko chciało mnie przywitać i uścisnąć moją dłoń, jednak ja mając świeżo w pamięci grasujących w okolicy masażystów odruchowo ją cofnąłem. Zmieszany chłopiec uciekł zanim zdążyłem uświadomić sobie co się stało i naprawić swój błąd…

Po nacieszeniu i naniecieszeniu się niezwykle interesującym Varanasi ruszyłem do Kalkuty – ostatniego przystanku na indyjskiej trasie. Mój pociąg miał około 11 godzin opóźnienia, ale podobno jak na panujące tu standardy nie było tragedii…

 

FacebookPinterestTwitterGoogle+

11 Odpowiedzi

  1. Ja już nie wiem jak komentować, żeby jeszcze jakoś wiarygodnie brzmieć. Nie mogę przecież piać i piać i piać i …
    Myślałam, że najlepsze fotograficzne strzały zostały już oddane, a tu kolejnne perły rzucone między nas :>. Ten na pół egzystencjalny wpis wpisuję się doskonale w moje nastroje końca/początku roku, więc tym razem temat mody zostawiam na boku. Dzieki za TO Piotr!

  2. Sai ram młody podróżniku sai ram

  3. Jak zwykle świetne zdjęcia i doskonale podpatrzone klimaty.Mnie szczególnie ujęły zdjęcia nr. 3 do 6 oraz 9 i 10. A propos lassi zdobądż przepis to poeksperymentujemy .Myślę że Gogi i Luk też byli by za to wdzięczni.Ogólnie żal że nie więcej ale dzięki za to co dotychczas.Pozdrawiamy i czekamy na kontakt oraz dalsze relacje.

  4. śmierć na pięć…

  5. Dzięki Piotrze za kawałek Himalajów i świętą krowę z Varanasi. Pomyśl co by uszczknąć z Tajlandii albo chociaż pocztówkę przyślij.Czekamy na zdjęcia z lekcji tajskiego boksu.Pozdrawiamy!

  6. Wpisy na pocztówkach rozszyfrowane.Co do czystości Gangesu masz rację- wąchałem -nie śmierdzą.Gratuluję pomysłu,kilka dni rodzina była zaintrygowana co znaczą te wpisy.Zmyślna jesteś bestyja.Oglądaliśmy w TV film o Indiach m.in o czystości wód Gangesu i o Varanasi.Bardzo ciekawy!Ponoć te wody zawierają pół tablicy Mendelejewa a zwłaszcza dużo związków srebra – stąd ich samooczyszczanie. Pozdrawiamy!

    • Piotr Winiarski

      Zanosi się na to, że po powrocie będziecie mieli więcej do opowiedzenia o tym co widziałem ode mnie – wspaniale ! :))

  7. Znowu czuję straszną radość i smutek.. Bo czytanie wpisu to prawdziwa przyjemność, ale.. zanim sie zaczął to od razu się skończył 😀 ZA MAŁO -> wiem, wiem nie pojechałeś tam pisać 🙂 Dla mnie zdjecia z dotychczasowych najlepsze i będę chciał jedno ukraść wywołać i sobie powiesić na ścianie po Twoim powrocie. O tym pewnie podyskutujemy przy piwie, przy którym również sprzedasz mi obiecanego liści po naukach tajskiego tańca z taczką 🙂

    Pozdrawiam.

    • Piotr Winiarski

      Ciężko przychodzi mi zabieranie się za pisanie, ale zauważyłem że browarze chętniej wrzucam coś na bloga, więc nie zdziw się, gdy przy wspólnym piwie zacznę wstukiwać kolejny wpis 😀

  8. znów tu jestem 🙂 i znów ZACHWYCA! Dzięki za to!

Zostaw Komentarz